Po około dziesięciu minutach jazdy zauważyłam jego samochód zaparkowany w oddali przed starym domem z drewnianym płotem i zaciągniętymi zasłonami. Zatrzymałam się na rogu ulicy i stałam w milczeniu, obserwując. Chwilę później Mihai wyszedł z domu, trzymając za rękę kobietę. Młodą blondynkę z małą dziewczynką, która była uderzająco podobna do Anny.
Zamarłam.
Czułam, jakby cały świat walił mi się na głowę. Chciałam krzyczeć, ale głos mi zamarł. Zobaczyłam, jak całuje kobietę w czoło, jak dzieci śmieją się razem na podwórku, i uświadomiłam sobie: te „wizyty u babci” nigdy nie dotyczyły jego matki. Ale kogoś innego. Równoległego życia.
Stałam tam przez kilka minut, niezdolna do ruchu. Potem odpaliłam samochód i odjechałam. Nie robiłam zamieszania, nie dzwoniłam do nikogo. Po prostu pojechałam nad jezioro, gdzie kiedyś chodziliśmy razem, żeby ukoić dusze.
Usiadłam na brzegu, patrząc na wodę i płakałam cicho. Bolała mnie nie tylko zdrada, ale także myśl, że wszystko było iluzją: śmiech, ciche wieczory, bajki dla dzieci na dobranoc.