Przytuliłam go, nie myśląc o tym, co „powinno” być zrobione, ani o zasadach. Wtedy, po raz pierwszy, on odwzajemnił uścisk.
Od tego dnia życie w rezydencji się zmieniło. Nie było to już tylko miejsce ciszy, ale miejsce nadziei. Zaczęliśmy razem gotować, przemeblowywać bibliotekę, sadzić kwiaty w ogrodzie, jakbyśmy oboje próbowali pogrzebać przeszłość.
Po kilku miesiącach Andriej postawił swoje pierwsze trzy prawdziwe kroki. Zatrzymał się, oparł o stół, zdyszany, a ja wybuchnęłam płaczem, mówiąc tylko:
— Widzisz, dasz radę?