Ogień trzaskał cicho.
W naszej chacie było ciepło.
Matei patrzył na mnie, a w jego oczach nie było już strachu. Było zaufanie.
— Tato, powiedział i dorzucił kolejne drewno do ognia, dokładnie tak, jak go uczyłem.
W tym momencie zrozumiałem coś prostego i trudnego jednocześnie: to nie dom czynił z nas rodzinę. To sposób, w jaki staliśmy obok siebie, gdy wszystko się waliło.