Dzień, w którym straciłem Lenę, lekarze oznajmili mi: „Został ci syn, ale jest chory”. Uwierzyłem w to. Przez sześć lat żyłem tylko dla niego, dla mojego cichego i słabego dziecka, Miszy. Byłem gotów na wszystko, byleby przeżył. Jednak nie byłem przygotowany na spotkanie w parku z innym chłopcem — dokładną kopią niego, ale pełnym zdrowia.
To spotkanie nie tylko zmieniło moje życie, ale także zmusiło mnie do powrotu do tamtego strasznego dnia w szpitalu i zrozumienia, jakie potworne przestępstwo tam się wydarzyło.
Sześć lat temu życie Dmitrija Krasnova wydawało się idealnie poukładanym mozaiką. Praca, którą kochał — był utalentowanym restauratorem mebli. Przytulne mieszkanie z widokiem na starożytny moskiewski dziedziniec. A jego największy skarb — Lena, żona, z którą był od czasów studiów. Oczekiwali dziecka i już nadali mu imię: Misza.
Tamten marcowy dzień rozpoczął się od promiennego słońca i uśmiechu Leny. Wyjazd za miasto miał być ich ostatnią przygodą „we dwoje”. I był. Na śliskiej drodze, pokrytej stopniejącym śniegiem, nadjeżdżający samochód stracił kontrolę i wjechał na ich pas.
Dmitrij pamięta tylko zgrzyt metalu, przeraźliwy krzyk hamulców i ostatni, przestraszony oddech Leny. Obudził się w szpitalu. Złamane kości, wstrząs mózgu, ale najgorszy był zimny, nieprzenikniony pustka w sercu. Leny już nie było.