Znowu dotknąłem jego czoła. Było zimne jak kamień. Delikatnie potarłem je chusteczką, mamrocząc modlitwy, które znałem od dzieciństwa. Nie dlatego, że byłem jakimś świętym, ale dlatego, że nie wiedziałem, co innego zrobić. W naszej wiosce nie było lekarza, a do miasta trzeba było iść godzinami. A ja… nie miałem już sił na długie podróże.
Nagle mężczyzna drgnął. Z jego ust wydobył się cichy dźwięk, coś w rodzaju jęku.
„Proszę pana?” wyszeptałam, pochylając się ku niemu.
Jego powieki poruszyły się, ale nie otworzyły. Usta próbowały wymówić słowa, ale wydobyło się z nich tylko powietrze, bezdźwięczne. Uniosłam mu głowę i starą łyżką nalałam mu wody na usta. Pachniał dymem i rzeką, dziwną mieszanką, ale żył, to się liczyło.
Po chwili coś powiedział. Imię, ledwo słyszalne, prawie wyblakłe: