Czułem, jak serce wali mi w piersi jak młotem.
Samochód zatrzymał się jakieś dwadzieścia metrów od mojego domu. Drzwi się otworzyły i wysiadły dwie postacie. Jedna była wysoka i chuda. Druga, masywna, o zdecydowanym kroku. Nie wyglądali na ludzi z naszego kraju. Czarne ubrania, ciężki chód, oczy rozglądające się dookoła.
Zakryłem usta dłonią, żeby nie wydać z siebie żadnego dźwięku.
„Jest tutaj” – powiedział ochrypły głos olbrzyma. Rzeka przyniosła go w tę stronę. Musiał być blisko.
Czułam, jak trzęsą mi się kolana.
Nie przyszli po mnie.
Przyszli po niego.