„My takich rzeczy nie jemy! U nas, na wsi, karmią świnie tym!”

Przytuliła go do piersi.

— Przykro mi, że słyszałaś.

— Tak będzie lepiej — powiedział. — Teraz wiem, że jesteśmy tylko my. I to wystarczy.

Wieczorem Marina sprzątnęła ze stołu.

Wyrzuciła poplamiony obrus.

Otworzyła okno.

Chłodne, czyste powietrze.

Po raz pierwszy od dawna nic jej już nie bolało.

Nic nie straciła.
Zdobyła spokój.
I szacunek.

A tego, ani za lei, ani za obietnice, nie da się kupić.