„I jest z matką pana młodego?”
„Jeśli tak, to Devonowie mają kłopoty”.
Nie obejrzałam się. Trzymałam Seba tylko za rękę i poszłam kamienną ścieżką do tylnej bramy. Wiatr poruszał się między klonami, a lawenda i szampan mieszały się w powietrzu. Z każdym krokiem zdawała się opadać kolejna warstwa starego kurzu.
Na parkingu Seb otworzył drzwi swojego ciemnego sedana, jakbyśmy znów mieli po dwadzieścia lat.
„Przepraszam” – powiedział cicho. „Gdybym wiedział, że dziś ślub twojego syna, przyjechałbym wcześniej. Może wszystko dzieje się z jakiegoś powodu”.
Spojrzałam na niego, czując narastające uczucie, którego nie potrafiłam nazwać – ulga i ból przeplatały się ze sobą. „Nie jesteś mi winien przeprosin, Seb. Jeśli ktokolwiek jest mi winien, to ci, którzy traktują miłość i szacunek jak karty przetargowe”.
Uśmiechnął się delikatnie, jak popołudnia, które pamiętałam na gankach i trawnikach kampusu. „Więc dziś wieczorem pozwól, że dobrze cię nakarmię i długo porozmawiam – jak dwoje starych przyjaciół budzących się z długiego snu”.
Jego samochód wyjechał z osiedla, odbijając ostatnie promienie słońca na szybie. Przez okno patrzyłem, jak drzewa się kołyszą, a Bryce i Camille znikają w szemrzącym tłumie za nami. Nikt nas nie wyprowadził i nikt nie odważył się nas zatrzymać.
Ale klęczałem.
W wielu oczach, które zostały w tyle, litość zniknęła, zastąpiona czymś innym.
Szacunek.
Odwróciłam się do mężczyzny za kierownicą i cicho zapytałam: „Wiesz, cały dzień myślałam, że jestem zupełnie sama, ale nie byłam, prawda?”.
Nie odrywając wzroku od drogi, Seb odpowiedział: „Nikt nie jest naprawdę sam, Mabel. Czasami ten, kto widzi nas najlepiej, wchodzi właśnie wtedy, gdy myślimy, że zgasło nam światło”.