Nastąpiła cisza. Potem długie westchnienie, jakby ktoś wyssał z niej powietrze.
— Ale wiesz, że bez ciebie nie dam rady… bank nie da mi już oddychać…
— Wiem, powiedziałam jej spokojnie. I wiedziałeś, że bez szacunku nie da się oddychać w rodzinie.
Do południa wszyscy już dzwonili. Larisa, płacząc, mówiąc, że Iliuta to tylko dziecko, że nie chciała urazić, że to żart. Babcia, zmęczonym głosem, pytająca, dlaczego rodzina rozpada się przez jakąś głupotę. Kuzynki, które nie odzywały się do mnie od lat, a teraz nazywały mnie „kochanie” i „kochanie”.
Nikt nie przeprosił za śmiech. Za spojrzenia. Za upokorzenie. Tylko za konsekwencje.
Po południu poszedłem do pracy jak co dzień. Pracowałem, śmiałem się z kolegami, jadłem w stołówce. Moje życie toczyło się naprzód. Ich, nie.