Wieczorem przyszedł do mnie Sergiu. Sam. Bez oklasków, bez publiczności. Stał w drzwiach, zgarbiony.
— Myliłem się — powiedział. — Śmiałem się, kiedy powinienem był cię bronić.
Długo mu się przyglądałem. To był pierwszy raz, kiedy widziałem go jako dziecko. Nie mojego starszego brata, oczywiście, ale przestraszonego człowieka.
— Nie sok bolał mnie najbardziej — powiedziałem mu. Chodziło o to, że pozwoliłeś komuś się ze mnie naśmiewać i nazwałeś to zabawą.
Skinął głową. Wyszedł, nie mówiąc nic więcej.
Dwa dni później Larisa przyszła z Iliutą. Chłopiec nie trzymał już butelki soku w ręku. Wzrok miał wbity w ziemię.
— Przepraszam — mruknął. Nie sądziłem, że to… ma znaczenie.
Pochyliłem się do jego poziomu.
— Wszystko ma znaczenie — powiedziałem mu. Każdy gest. Każdy śmiech.