Na ślubie mojego brata mój ojciec mnie upokorył – i oniemiał, gdy usłyszał: „Panie Komandorze…”

Całe życie starałem się go uszczęśliwić. Poszedłem na wybrany przez niego uniwersytet, pracowałem tam, gdzie mi kazał, porzuciłem pasję do rysowania, bo uważał to za „stratę czasu”. Nic nigdy nie było wystarczające.

Kiedy Matei dostał pracę w dużej firmie, mój ojciec urządził imprezę dla bohatera. Kiedy dostałam skromną pracę w szkole, powiedział tylko: „Przynajmniej już nie żyjesz za moje pieniądze”.

Ale tej nocy, na ślubie mojego brata, poczułam, jakby coś we mnie pękło.

Po ceremonii wyszłam na oświetlony latarniami dziedziniec. W oddali słychać było szum morza, a wiatr delikatnie rozwiewał moje włosy. Wtedy usłyszałam za sobą głos:

— Sofio, zaczekaj!