Na zjazd absolwentów po 10 latach studiów przyszła ubrana w mundurek pokojówki

„I jeszcze jedno” – powiedziała, nie odwracając się. „Sukces nie oznacza drogich sukienek i wielkich słów. To znaczy, że nie zapominasz, kim byłeś, kiedy nic nie miałeś”.

Wsiadła.

Drzwi się zamknęły.

Wirnik znów zaczął się kręcić, coraz szybciej. Znów wzbił się kurz. Sukienki przyklejały się do nóg. Puste szklanki przewracały się na stoły.

Klara stała pośrodku ogrodu, z obcasami wbitymi w trawę.

Helikopter powoli wzniósł się w powietrze, a potem zniknął za światłami.

Nikt się nie odezwał.

Kelnerzy – prawdziwi kelnerzy – również patrzyli ze zdumieniem.

Były kolega westchnął: „Wow… naprawdę myśleliśmy…”

Ale nikt nie dokończył zdania.

Po raz pierwszy przyjęcie z okazji „sukcesu” wydało się małe. Bardzo małe.

Na stole, obok miejsca, gdzie siedziała Ana, pozostała miotła z gałązek.

Klara spojrzała na nią.