„Nasza matka zmarła dziś rano… Nie mamy dokąd pójść”

Po ułożeniu ich do snu w pokoju gościnnym, Toma został sam przy stole. Przeczytał list jeszcze raz. A potem jeszcze raz. Każda linijka posuwała jego życie o krok dalej niż poprzednio.

Następnego ranka wioska się o tym dowiedziała. Nie dlatego, że Toma coś powiedział, ale dlatego, że na wsi wieści rozchodzą się szybciej niż ludzie. W sklepie spojrzenia były długie. Na poczcie szepty ucichły, gdy wszedł.

Trzeciego dnia pojawił się również Ezekiel Vornicu.

Elegancko ubrany mężczyzna, w drogim płaszczu i czystych butach, nienadających się do błota na ulicy. Uśmiechał się długo i fałszywie.

— Przyszedłem po dziewczyny — powiedział. — Mam dokumenty. Jestem ich krewnym.

Toma nie zaprosił go do środka. Stał w drzwiach, uchylonych na pół.