Minęły lata. W wielkim domu nie było już ciszy. Poranki zaczynały się od śmiechu, od małych kroczków po podłodze. Radio znowu grało, ale nie po to, by zagłuszyć myśli, lecz by towarzyszyć życiu.
Pewnego zimowego wieczoru Lia podeszła do niego, z nowym łukiem.
— Tato… czy mogę się tak do ciebie zwracać, prawda?
Toma z trudem przełknął ślinę.
— Możesz — powiedział. — A ja bym chciał.
W piecu palił się ogień. Wiatr walił w okna, ale nie prosił o nic więcej. Dom był pełen. A przysięga, niegdyś wypowiedziana szeptem przy zamarzniętym grobie, w końcu znalazła swój sens.