— Nie będę się tłumaczyć twojej matce, na co wydałam swoją pensję! Prz

— Od dziś biorę cię całkowicie na swoje utrzymanie. Wszystkie wydatki — mieszkanie, jedzenie, twoje ubrania, benzyna do twojego samochodu — wszystko opłacam ja. A ponad to, pierwszego dnia każdego miesiąca będę przelewać na twoje konto stałą, z góry ustaloną kwotę. Nazwijmy to „kieszonkowym”, żebyś nie czuł się upokorzony. W ten sposób twoja mama będzie miała pełny dostęp do twoich wyciągów. Będzie mogła kontrolować każdą twoją złotówkę, cieszyć się twoją oszczędnością i spać spokojnie, wiedząc, że przyszłość jej syna jest w pewnych rękach. W moich.

Mówiła to równym, rzeczowym tonem, jakby proponowała nowy kontrakt. Ale to nie była propozycja. To było najokrutniejsze i najbardziej wyrafinowane upokorzenie, jakie tylko można było wymyślić. Nie tylko stawiała go na miejscu. Ona go wymazywała — jako mężczyznę, jako partnera — zamieniając w domowego pupila na utrzymaniu, którego pilnuje jego własna matka.

Spojrzała na jego trupio blade oblicze, potem na twarz Marii Fiodorowny, wykrzywioną wściekłością i bezsilnością, i zakończyła, cedząc każde słowo:

— Wybór należy do ciebie, Kirył. Albo jesteśmy partnerami w tym porozumieniu — skinęła głową na kartkę papieru — albo przechodzisz na mój wikt. Jak widać, druga opcja uszczęśliwi twoją mamę o wiele bardziej…