— Nie będę się tłumaczyć twojej matce, na co wydałam swoją pensję! Prz

Obok, w sąsiedniej karcie, którą otworzyła następnym ruchem, była analiza ich wspólnych wydatków — tej połowy, którą pedantycznie przelewała na wspólne konto, z którego opłacano mieszkanie i jedzenie. Różnica nie była po prostu duża. Była potworna. To nie był zwykły rachunek bankowy. To był wyrok na ich wspólne życie, zapisany bezdusznymi, lecz niepodważalnymi cyframi.

Maria Fiodorowna patrzyła na ekran, a rumieniec powoli znikał z jej policzków. Jej usta, jaskrawo pomalowane, zamieniły się w cienką, wściekłą kreskę. Kirył wpatrywał się w liczby, a jego ramiona opadały coraz niżej — jakby pod ciężarem każdego zera w jej pensji. Cała jego „troska o przyszłość”, wszystkie mamusine podszepty o „rozrzutności” wyglądały teraz jak żałosna, śmieszna próba drobnego urzędniczyny przeprowadzenia audytu w korporacji transnarodowej.

Tania dała im kilka sekund, by zrozumieli, co widzą. Potem zamknęła laptop. Dźwięk zatrzaśniętej pokrywy był ostateczny i nieodwracalny. Spojrzała Kiryłowi prosto w oczy, całkowicie ignorując jego matkę.

— Skoro kwestia finansowej kontroli jest w naszej rodzinie tak paląca, mogę zaproponować nowe, ostateczne rozwiązanie. Żeby wszyscy byli spokojni. Zwłaszcza twoja mama.

Zrobiła pauzę, delektując się efektem.