— Nie będę się tłumaczyć twojej matce, na co wydałam swoją pensję! Prz

Oderwała wzrok od książki i spojrzała na męża. Stał w przedpokoju, jeszcze w kurtce, i patrzył nie na nią, tylko gdzieś w kąt, gdzie stała półka na buty. Jego twarz była napięta, obca, jak maska człowieka, który długo ćwiczył przed lustrem surową minę.

— Jakie buty? — powtórzyła, szczerze nie rozumiejąc.

— Niebieskie. Zamszowe. Te, które kupiłaś w zeszłym tygodniu — doprecyzował, a w tej drobiazgowości Tania natychmiast rozpoznała cudze, czepialskie i bezceremonialne spojrzenie. Spojrzenie Marii Fiodorowny. Zmęczenie nagromadzone po długim dniu pracy wyparowało, ustępując miejsca chłodnej, jasnej złości. Powoli odstawiła filiżankę na stolik.

— A co z nimi nie tak? — jej głos zabrzmiał równo, bez najmniejszej nuty usprawiedliwiania się.

— Co z nimi nie tak? — Kirył wreszcie zdjął kurtkę i wszedł do pokoju, zatrzymując się tuż przed nią. Górował nad nią, najwyraźniej próbując nadać swoim słowom większą wagę. — Tania, przecież jesteśmy rodziną. Mamy wspólny budżet. A ty kupujesz sobie buty, które kosztują jak połowa mojej pensji, i nawet nie uważasz za stosowne tego omówić.

Powietrze w pokoju zgęstniało, naelektryzowało się. Tania patrzyła na niego z dołu do góry, ale w jej spojrzeniu nie było ani strachu, ani poczucia winy. Patrzyła na niego jak entomolog na rzadkiego, lecz odpychającego owada. Widziała przed sobą nie swojego męża, lecz jedynie jego powłokę — marionetkę, którą znów ktoś pociągnął za sznurki.

— Po pierwsze, Kirył, nie kosztują nawet jednej czwartej twojej pensji. Nie przesadzaj — to nie sprawi, że twoje pretensje będą bardziej przekonujące. Po drugie, kupiłam je za swoje pieniądze. Za te same, które zarabiam, podczas gdy ty opowiadasz swojej mamie, jak to „żyjemy ponad stan”.