Oderwała wzrok od książki i spojrzała na męża. Stał w przedpokoju, jeszcze w kurtce, i patrzył nie na nią, tylko gdzieś w kąt, gdzie stała półka na buty. Jego twarz była napięta, obca, jak maska człowieka, który długo ćwiczył przed lustrem surową minę.
— Jakie buty? — powtórzyła, szczerze nie rozumiejąc.
— Niebieskie. Zamszowe. Te, które kupiłaś w zeszłym tygodniu — doprecyzował, a w tej drobiazgowości Tania natychmiast rozpoznała cudze, czepialskie i bezceremonialne spojrzenie. Spojrzenie Marii Fiodorowny. Zmęczenie nagromadzone po długim dniu pracy wyparowało, ustępując miejsca chłodnej, jasnej złości. Powoli odstawiła filiżankę na stolik.