— Nie będę się tłumaczyć twojej matce, na co wydałam swoją pensję! Prz

Skrzywił się, jakby zabolał go ząb. Wspomnienie matki było ciosem poniżej pasa, ale właśnie tam Tania celowała. Wiedziała, skąd wieje ten wiatr, przesiąknięty zapachem naftaliny i jadowitą „troską”.

— Mama nie ma z tym nic wspólnego — skłamał nieprzekonująco. — Sam widzę, co się dzieje. To buty, to nowa sukienka, to jakiś salon… Pieniądze po prostu idą w komin. Trzeba myśleć o przyszłości, o większych zakupach, a nie o chwilowych zachciankach.

— O naszej przyszłości? — Tania pozwoliła sobie na uśmieszek. Wyszedł ostry jak brzytwa. — O tej przyszłości, w której będę odkładać każdą złotówkę ze swojej pensji, żebyśmy wreszcie kupili samochód, którym będziesz woził swoją mamę na działkę? Albo o tej, w której zrezygnuję ze wszystkiego, żeby twoja mama przestała uważać mnie za rozrzutną i bezwstydną trzpiotkę? Doprecyzuj, proszę, o czyją dokładnie przyszłość tak się troszczy twoja rodzicielka.

To było okrutne, ale sprawiedliwe. Kirył cofnął się o krok, jego pokazowa pewność siebie zaczęła pękać. Nie był gotów na tak bezpośredni opór. Spodziewał się tłumaczeń, obietnic, może nawet skruchy. A dostał precyzyjny, wyważony cios w najczulsze miejsce — jego synowską zależność.

— Ona po prostu się o nas martwi… — wymamrotał, i to zdanie stało się kroplą, która przelała czarę.