Echo kroków Marii rozbrzmiewało z wyjątkową melancholią w ogromnej kuchni rezydencji. Było to pomieszczenie z białego marmuru i stali nierdzewnej, zaprojektowane, by imponować, a nie otulać.
W wieku dwudziestu ośmiu lat Maria miała szorstkie od ciągłego kontaktu z wodą i mydłem dłonie, które właśnie wycierały ostatnie piękne porcelanowe naczynia po przyjęciu, na które oczywiście nie została zaproszona.
Zegar ścienny wskazywał godzinę 9:30.
Nieustanny szum lodówki był jego jedynym towarzyszem w domu, który zdawał się pożerać duszę swoim cichym przepychem.