Ona uratowała umierającego „kociaka” w górach, a pięć lat później natknęła się na ogromnego tygrysa w lesie i zrozumiała — to koniec.

Alicja prawie uwierzyła im. Aż do dnia, kiedy wyruszyła po zioła w głąb lasu, gdzie noga ludzka nigdy nie stanęła. Mgła opadła nagle, zamieniając znane ścieżki w labirynt. Zdała sobie sprawę, że się zgubiła. I właśnie wtedy z zarośli paproci rozległ się potężny ryk, który zamroził jej krew w żyłach.

Część 2: Pełna historia (około 700 słów)
Ryk powtórzył się, tym razem bliżej. Był tak potężny, że wydawało się, jakby sama ziemia pod nogami Alicji wibrowała. Zamarła, bojąc się nawet oddychać. Powoli, centymetr po centymetrze, z cienia wiekowych cedrów wyszła ogromna sylwetka.

To był samiec. Ogromny, ponad trzysta kilogramów czystych mięśni, pazurów i kłów. Jego pomarańczowa skóra płonęła w zmierzchu, a czarne pasy wyglądały jak blizny samej nocy. Alicja od razu poznała go po połamanym uchu — ślad starego urazu, gdy jeszcze był „kociakiem”. Ale to nie był Grzmot. To był Król Tajgi. Jego oczy, dwa płonące bursztyny, patrzyły na nią bez cienia rozpoznania. Widziano w nich tylko głód i instynkt obrony terytorium.

Alicja powoli opadła na kolana. Wiedziała, że ucieczka nie ma sensu. Tygrys dogoni ją w dwa skoki.
— Grzmot… — wyszeptała, a jej głos załamał się w płaczu. — Maluchu, czy naprawdę nie pamiętasz?

Drapieżnik przywarł do ziemi, jego ogon nerwowo miotał się z boku na bok. Wydał krótki, ostry dźwięk — ostrzeżenie. Jeden skok, a wszystko się skończy. Alicja zamknęła oczy, przypominając sobie, jak pięć lat temu ten sam zwierzak zasypiał jej na kolanach, wciskając mokry nos w jej dłoń.