Nagle dźwięk kroków ucichł. Zamiast bólu Alicja poczuła coś dziwnego. Ciężkie, gorące powietrze musnęło jej policzek. Otworzyła oczy i zaniemówiła. Tygrys stał tuż przed nią. Jego ogromna głowa była zaledwie kilka centymetrów od jej twarzy. Wąchał. Jego nozdrza rozszerzały się, wyczuwał zapach jej skóry, jej strachu i… tego samego szamponu o zapachu sosny, którego używała przez lata.
I w tym momencie tygrys zrobił coś, co sprawiło, że Alicja wybuchła płaczem. Nie otworzył paszczy, by zadać śmiertelny cios. Wydał dziwny dźwięk — coś pośredniego między chrapaniem a stłumionym miauczeniem. Tak wołał ją, kiedy był mały i chciał jeść.
— Pamiętasz… — wypowiedziała, wyciągając drżącą rękę.
Ogromna głowa drapieżnika ciężko opadła jej na ramię, ledwie nie zwalając z nóg. Grzmot zaczął ocierać się o nią, jak zwykły domowy kot, niemal łamiąc jej żebra swoją masą. To nie było tylko spotkanie — to była wdzięczność za uratowane życie, przetrwana przez lata i dzikie instynkty.
Jednak historia na tym się nie kończy. Grzmot nagle się odsunął i szybko zwrócił głowę w stronę gęstych zarośli borówki. Jego spojrzenie znów stało się lodowate. Wydał tak przeraźliwy ryk, że ptaki z krzykiem wzbiły się w powietrze na promieniu kilometra. Z krzaków wyszło trzech mężczyzn. To byli kłusownicy, uzbrojeni w karabiny. Śledzili tygrysa i nie spodziewali się zobaczyć tu człowieka.
— Spójrz, jaka szczęśliwa okazja! — zawołał jeden z nich, podnosząc strzelbę. — I tygrys, i świadek. Uśpimy oboje.