Ona uratowała umierającego „kociaka” w górach, a pięć lat później natknęła się na ogromnego tygrysa w lesie i zrozumiała — to koniec.

Był ciepły majowy wieczór. Zachód słońca zalewał skraj lasu złotym światłem. Alicja siedziała na progu, popijając ziołową herbatę, i wsłuchiwała się w zmierzch. Las oddychał świeżością i życiem.

Nagle powietrze się zmieniło. Ptaki zamilkły, a ciężka, gęsta cisza opadła na polanę. Ten zapach… Zapach ozonu, wilgotnej ziemi i dzikiej, nieokiełznanej siły. Alicja zamarła, ściskając filiżankę. Serce zaczęło bić szybciej, ale nie ze strachu.

Z gęstych zarośli malinowca wyłoniła się ogromna, paskowana paszcza. To był Grzmot. Wyglądał jeszcze bardziej majestatycznie niż rok temu. Blizna na jego ramieniu po kuli zarosła gęstym futrem, przekształcając się w ledwie dostrzegalny ślad. Zatrzymał się na granicy lasu i światła, patrząc prosto na Alicję swoimi lodowatymi, bursztynowymi oczami.

— Grzmot… — wyszeptała, a uśmiech zagościł na jej ustach.

Tygrys nie ruszył się z miejsca. Zamiast tego wydał krótki, głuchy dźwięk — wezwanie, którego Alicja nigdy wcześniej nie słyszała. Odwrócił się w stronę zarośli i podsunął kogoś nosem.

Serce Alicji zabiło o jedno uderzenie szybciej. Z trawy, niezdarnie przestawiając grube łapy, wyczołgały się dwa maleńkie paskowane kłębki. Były wielkości domowego kota, miały ogromne uszy i ciekawskie