Kiedy w lesie znów zapanowała cisza, Grzmot wrócił do Alicji. Był ranny, ale rana była powierzchowna. Pozwolił jej zbadać ramię, cicho mrucząc. Alicja rozdarła swoją koszulę i opatrzyła go, tak jak robiła to wiele lat temu.
Odprowadził ją do samego skraju lasu, gdzie już widać było światła jej domu. Dalej nie mógł iść. Był duchem lasu, a ona — człowiekiem. Grzmot zatrzymał się przy ostatnim drzewie, długo patrzył jej w oczy, a potem po prostu rozpłynął się w ciemności, jakby go nigdy nie było.
Od tamtej pory Alicja nie boi się chodzić po lesie. Wie: gdzieś tam, wśród cieni i paproci, czuwa nad nią złoty anioł w czarne paski. I za każdym razem, gdy na jej progu pojawia się ranny leśny zwierzak, przypomina sobie Grzmot. Miłość to jedyny język, który rozumieją nawet ci, którzy urodzili się, by zabijać.
Minął już rok od tego strasznego i pięknego spotkania w mglistym lesie. Kłusowników, których Grzmot spędził na drzewa, policja aresztowała następnego dnia; trzęśli się z przerażenia i chaotycznie opowiadali o „diabelskim zwierzęciu”, które broniło kobiety. Sprawę zatuszowano, ale w okolicy zapanowała cisza — myśliwi omijali ten fragment tajgi szerokim łukiem.
Alicja nadal mieszkała w swoim domku. Wyleczyła ramię, ale blizna — cienka biała linia — pozostała, jako wieczne przypomnienie, że miłość jest silniejsza niż strach. Dziura w sercu zatarła się, ustępując miejsca cichej dumie. Wiedziała, że jej Grzmot żyje, jest zdrowy i rządzi swoim królestwem.