Opiekowała się samotnym staruszkiem, nie oczekując niczego w zamian.

Mara usiadła na brzegu krzesła, ściskając w dłoniach poplamiony kawą fartuch, jakby był tarczą.

„Niczego nie chcę” – powiedziała drżącym głosem, patrząc na Marcusa. „Nie chcę żadnych kłopotów. Chciałam tylko, żeby czuł, że jest ważny. Niczego nie zabrałam z jego domu, przysięgam”.

Marcus zrobił krok naprzód i po raz pierwszy Mara dostrzegła w jego oczach coś nieoczekiwanego. Nie było w nich arogancji. Nie było pośpiechu. Był wstyd. Głęboki, surowy i bolesny wstyd.

—Mój dziadek zostawił ci dom, Maro — powiedział łagodnie Marcus.

Mara zamrugała oszołomiona. „Co?” „Dom. I wszystko, co się w nim znajduje. Ale… to nie jest główny powód, dla którego jesteśmy tu z prawnikami”.

Marcus zamilkł, przełykając z trudem, jakby miał gulę w gardle, która nie pozwalała mu oddychać. Wyjął kopertę z wewnętrznej kieszeni marynarki. Była to stara, pożółkła koperta, starannie zaklejona.