Opiekowała się samotnym staruszkiem, nie oczekując niczego w zamian.

Ucz się od niej, Marcusie. Sukces nic nie znaczy, jeśli jesteś zbyt zajęty, by kochać ludzi. Bogactwo jest bezwartościowe, jeśli nie pamiętasz, jak ktoś pije kawę. Wszystkie pieniądze, które gromadzisz, nie utrzymają cię, gdy się boisz, ani nie zaopiekują się tobą, gdy będziesz stary.

Bądź lepszy, niż cię uczyłem. Bądź bardziej jak Mara.

Cisza, która zapadła po czytaniu, była absolutna. W stołówce brzęk naczyń i rozmowy zdawały się cichnąć.

Twarz Marcusa zasępiła się. Odnoszący sukcesy biznesmen, twardziel w drogim garniturze, zniknął. Przed Marą pozostał tylko wnuk przepełniony żalem. Łzy spływały mu po policzkach, gdy patrzył na Marę z mieszaniną rozpaczy i wdzięczności.

„Byłem tak skupiony na budowaniu kariery…” – szlochał Marcus, jego głos był ledwie słyszalny. „Chciałem, żeby był dumny z mojego sukcesu. Myślałem, że jeśli zarobię wystarczająco dużo pieniędzy, będę mógł mu kupić wszystko, czego będzie potrzebował. Ale zapomniałem… Zapomniałem po prostu być z nim”.

Mara, z oczami pełnymi łez, sięgnęła przez stół, tak jak kiedyś robiła to z Walterem.

„Wiedział, że go kochasz, Marcusie. Potrzebował tylko czuć to trochę częściej. Miłość to nie myśl, to czyn”.

„Naucz mnie” – wyszeptał, patrząc w górę. „Proszę, Maro. Naucz mnie patrzeć na ludzi tak, jak ty go widziałaś. Nie chcę skończyć życia w bogactwie, ale samotnie”.

Mara skinęła głową i ścisnęła jego dłoń.