Opiekowała się samotnym staruszkiem, nie oczekując niczego w zamian.

Twarz Marcusa lekko się zarumieniła, ale jego postawa obronna pozostała niezmieniona. „Byłem zajęty. Miałem ważną fuzję w pracy. Nie mogłem wyjść wcześniej”. „Zginął sam” – powiedziała cicho Mara, ale jej słowa przecinały powietrze niczym noże. „Zginął, mając nadzieję, że ktoś z jego rodziny będzie pamiętał o jego istnieniu”.

Marcus nie odpowiedział. Odwrócił się i odjechał bez słowa, wsiadając do swojego luksusowego samochodu i odjeżdżając z piskiem opon od grobu dziadka.

Mara myślała, że ​​to koniec. Smutny i nieunikniony koniec samotnego życia. Wróciła do swojej rutyny, serwując kawę, wymuszając uśmiechy i próbując wypełnić pustkę, którą Walter zostawił przy stoliku w rogu.