Opiekowała się samotnym staruszkiem, nie oczekując niczego w zamian.

Gdy nabożeństwo dobiegało końca, dźwięk potężnego silnika przerwał świętą ciszę. Czarny samochód sportowy z piskiem opon zatrzymał się na podjeździe. Wysiadł z niego młody mężczyzna, około trzydziestu lat, ubrany w nienaganny włoski garnitur i trzymający telefon przy uchu. Był spóźniony, zdyszany i wyglądał na kogoś, kto ma ważniejsze sprawy na głowie.

„Jestem Marcus Finch” – oznajmił, niecierpliwie rozglądając się dookoła. „Wnuk Waltera. Gdzie są wszyscy inni?”

Mara spojrzała na niego, czując w żołądku mieszankę bólu i wściekłości.

—Patrzysz na „wszystkich ludzi”, Marcus. To my jesteśmy wszystkim, co miał.