Opiekowała się samotnym staruszkiem, nie oczekując niczego w zamian.

„Dlaczego to robisz?” – zapytał Walter pewnej deszczowej nocy, poprawiając koc na jego nogach. „Nic mi nie jesteś winien. Jestem bezużytecznym staruszkiem”. „Robię to, bo ktoś powinien” – odpowiedziała, przełykając gulę w gardle. „Bo jesteś ważny, Walterze. Bo dobroć to nie coś, co dajemy, kiedy mamy czas albo nam wygodnie. To coś, co dajemy, bo jesteśmy ludźmi”.

Trzy tygodnie później Walter zmarł spokojnie we śnie.

Mara dowiedziała się o tym, kiedy zadzwoniła do niej pielęgniarka z oddziału opieki paliatywnej. Walter wpisał ją na listę kontaktów alarmowych. Stała w kuchni stołówki z telefonem w ręku i płakała przez dwadzieścia minut bez przerwy, opłakując stratę mężczyzny, który stał się dla niej jak rodzina, nie dzieląc się z nim ani kroplą krwi.

Pogrzeb był rozdzierająco skromny. Mara, pielęgniarka i troje sąsiadów byli tam, ledwo go zauważając. Niebo było szare, a na cmentarz padała zimna mżawka, jakby cały świat opłakiwał śmierć dobrego człowieka.