Nieobecność była jak bicie serca w piersi Mary. O 8:00 rano kąt był pusty. O 9:00 ogarnęła ją panika. Mara wyszukała jego adres w książce telefonicznej, co było starym nawykiem w erze cyfrowej, i wróciła do domu, gdy tylko skończyła się jej zmiana.
Opiekowała się samotnym staruszkiem, nie oczekując niczego w zamian.
Dom był mały i schludny, ale dla jednej osoby wydawał się ogromny. Walter otworzył drzwi w piżamie o trzeciej po południu, wyglądając na zawstydzonego i bezbronnego.
„Upadłem” – przyznał, patrząc w dół. „Nie sądzę, żebym sobie coś złamał. Ale jestem taki zmęczony, Maro. Strasznie zmęczony”.
Od tego dnia rutyna Mary uległa zmianie. Po dziesięciu godzinach pracy na nogach szła do domu Waltera. Przynosiła mu zakupy, załatwiała leki, gotowała zupę i czytała gazetę, gdy jego oczy były zbyt zmęczone, by skupić się na drobnym druku. Jej szef w kawiarni narzekał, że odmawiała nadgodzin, ale Mara się tym nie przejmowała. Walter nie miał nikogo innego. Samotność znała jak własną kieszeń; była jej nieodłączną towarzyszką, odkąd ojciec ich porzucił, a choroba matki odebrała jej wszystko.