Znieruchomiałam. Po raz pierwszy od wielu miesięcy łzy przestały palić, lecz płynęły cicho.
Na ganku, przez okno, widziałam, jak nerwowo się poruszają. Mama poprawiała włosy, tata sprawdzał swoje odbicie w szybie, a Julia prawdopodobnie ćwiczyła przygotowaną przemowę. Wszyscy troje wyglądali nienagannie – jakby mieli zapozować do reklamy „harmonii rodzinnej”.
Otworzyłam drzwi. Zimne listopadowe powietrze wdarło się do domu i na chwilę poczułam spokój.
„Ano, kochanie!” – zaczęła mama, wręczając mi bukiet goździków. „Chcieliśmy cię tylko zobaczyć. Tak bardzo się cieszymy z twojego szczęścia!”
„I z naszego szczęścia” – dodał tata z tym wymuszonym uśmiechem, którego obawiałam się przez całe dzieciństwo.
Iulia pochyliła się do przodu słodkim głosem: „Może moglibyśmy pomóc fundacji. Doru i ja mamy doświadczenie. Wiesz, że ludzie nas kochają. Byłabyś bardziej widoczna…”
Pozwoliłam kwiatom powoli opadać ze schodów.