— Miała na imię Sofia. A może… tak ją nazywali w sierocińcu — zaczął. — Dorastaliśmy tam razem, w ośrodku w Fetești. Była najszczęśliwszą dziewczynką na świecie, zawsze nas rozśmieszała. Zmarła jakieś pięć lat temu, na chorobę… Nadal nie wiem dokładnie, na którą. Zrobiłem sobie ten tatuaż, żeby jej nigdy nie zapomnieć.
Jego słowa zaparły jej dech w piersiach. Elena czuła, jakby nie mogła oddychać. Oparła się o blat i próbowała powstrzymać łzy, ale jej oczy napełniły się łzami.
— Sofia… powiedziałaś Sofia?
— Tak, proszę pani. Miała na imię Sofia. Miała długie włosy, zawsze splecione w warkocze, i uśmiech… jakby nie obchodził jej niesprawiedliwy świat. Przyprowadził ją tam mężczyzna, który twierdził, że znalazł ją zaginioną. Miała wtedy około dziesięciu lat.
Elena poczuła, jak ziemia drży jej pod stopami. Młody mężczyzna mówił o jej córce. Niemożliwe, żeby to był zbieg okoliczności.
— Czy kiedykolwiek opowiadała ci coś o swoich rodzicach? O miejscu, w którym mieszkała?