Elena osunęła się na kolana. Długo stała tam, nic nie mówiąc, jedynie głaszcząc ziemię, jakby dotykała twarzy swojego dziecka.
W tej ciężkiej ciszy modliła się cicho, a jej głos się łamał:
— Boże, dziękuję Ci, że pokazałeś mi prawdę. Teraz mogę ją godnie opłakiwać.
Zapaliła świecę, położyła biały kwiat i pozostała tam aż do zachodu słońca. Kiedy wstała, w jej duszy czuła ból, ale i spokój.
W drodze powrotnej, myśląc o twarzy Sofii wytatuowanej na ramieniu młodego mężczyzny, powiedział sobie:
„Może Bóg chciał, żeby żyła w czyimś sercu. W ten sposób nikt nigdy jej nie zapomni”.
I po raz pierwszy od ośmiu lat Elena się uśmiechnęła. Uśmiech pełen łez, ale i światła.