Dziewczynka pogłaskała futro i bez wahania je przytuliła. To był uścisk, jaki dają dzieci, gdy rozpoznają dobro.
Drzwi otworzyły się ponownie: Mara, z policzkami czerwonymi od zimna. Na widok szefa zatrzymała się.
— Pani… Przepraszam. Jutro przyniosę buciki…
— Już nic pani nie przyniesie — powiedziała cicho pani Radu. To dla Ilinki.
— Wyjdę, wiem…
— Nigdzie się nie wybierasz. Jutro przyjdziesz do biura. Przygotujemy plan. Stały awans na zimę, o godzinę krótszy grafik, żebyś mogła odwieźć córkę do przedszkola i listę osób, do których możesz zadzwonić, jeśli będziesz czegoś potrzebować. W fabryce robią pudełko solidarnościowe — „Dobra podeszwa”. Dla każdego, kto przechodzi przez srogą zimę.
Mara pokręciła głową, nie wiedząc, jak wydusić z siebie te słowa. Chciała powiedzieć „dziękuję”, ale jej oczy napełniły się łzami.
— Dlaczego?
— Bo nie chcę prowadzić fabryki obuwia. Chcę, żeby ludzie stali na nogach, a nie tylko produkowali im buty. I dziś nauczyłam się tego od twojej córeczki.