— Pani Kowalska zmarła wczoraj rano — powiedział kasjer, spuszczając wzrok.

Przypomniałam sobie, jak przyciskała zakupy do piersi. Jak drżał jej głos. Jak najpierw odmówiła. „Mam osiemdziesiąt dwa lata. Nie mam rodziny. Ani dzieci, ani wnuków. Mój mąż zmarł wiele lat temu, a wszystko, co mi pozostało, to mały dom i wspomnienia życia, w którym kiedyś było ciepło.” Podniosłam wzrok znad listu. Serce zaczęło bić coraz szybciej. „Wiem, że samotnie wychowujesz dzieci. Zauważyłam to od razu — po twoich oczach, po zmęczeniu w ramionach, po tym, że mimo wszystko potrafiłaś się uśmiechnąć, gdy inni byli rozdrażnieni.” Łzy same napłynęły mi do oczu. „Nie proszę cię o wdzięczność. Proszę tylko, byś przyjęła to, co po sobie zostawiam. Nie jako dług. Ale jako ciąg dalszy dobra, które mi okazałaś.” Z koperty coś wysunęło się na stół. Klucz. Stary, ciężki, z wytartym metalowym breloczkiem. I jeszcze jedna kartka. „Ten klucz jest od mojego domu. Adres znajduje się poniżej. Wszystko załatwiłam zgodnie z prawem. Dom należy teraz do ciebie.” Wstałam gwałtownie z krzesła. — Nie… — wyrwało mi się. — To niemożliwe. Czytałam te zdania raz po raz, szukając błędu, nieporozumienia, wyjaśnienia, że to żart albo symboliczny gest.