— Pani Kowalska zmarła wczoraj rano — powiedział kasjer, spuszczając wzrok.
Ale list był jednoznaczny. Dom. Dla mnie. „Chcę, aby znów było w nim słychać dziecięce głosy. Aby znów tętniło w nim życie. Odchodzę spokojna, wiedząc, że podjęłam właściwą decyzję.” Podpis był krótki: pani Kowalska Tego wieczoru dzieci znalazły mnie w kuchni z listem w dłoniach. — Mamo, płaczesz? — zapytała ostrożnie Zosia. Przytuliłam ich wszystkich naraz. Mocno. Jakbym bała się ich puścić. — To… łzy zdziwienia — odpowiedziałam szczerze. Następnego dnia pojechałam pod wskazany adres. Dom stał przy cichej ulicy, pełnej zieleni. Niewielki, zadbany, z białymi okiennicami i starym, ale solidnym gankiem. W ogrodzie rosły róże — żywe, pielęgnowane. A więc do ostatnich dni o nie dbała. Kiedy klucz obrócił się w zamku, wstrzymałam oddech. W środku pachniało lawendą i czasem. Na ścianach wisiały zdjęcia: młoda kobieta z mężczyzną, podróże, uśmiechy, życie. Na kominku stała ramka z nowszą fotografią. Pani Kowalska. Starsza, ale z tym samym zdecydowanym spojrzeniem. Zrozumiałam wtedy, że to nie był impuls.