Elena ledwo mogła oddychać. Jakby powietrze w pokoju stało się ciężkie, duszące. Oczy dziecka na portrecie były tymi samymi oczami, które widziała jako dziecko, gdy dzielili ten sam mały pokój, te same porysowane talerze i to samo nierealne marzenie – o prawdziwej rodzinie.
Cofnęła się o krok, potem kolejny, czując, jak miękną jej kolana. Nie chciała w to uwierzyć, ale serce mówiło jej co innego. Twarz na obrazie należała do Mihaia, kruchego chłopca, który zasypiał na jej ramieniu w chłodne wieczory w sierocińcu.
Artem spojrzał na nią ze zdumieniem.
— Znasz go? — zapytał cicho, ale szorstko.
Elena powoli odwróciła się do niego, a łzy płynęły jej nieprzerwanie.