Paul McCartney znalazł bezdomnego weterana grającego piosenkę Beatlesó

—Chcesz prywatny koncert? To będzie kosztować więcej niż funt, kolego.

Paul wyjął portfel, wyjął banknot 50-funtowy i podał go.

—Czy to wystarczy?

Oczy Tommy'ego rozszerzyły się. Sięgnął po banknot, jakby myślał, że może zniknąć.

—Mówisz poważnie?

—Serio. Zagraj mi to. Tak jak grałeś dla swojej mamy. Tak jak grasz, kiedy nikt nie słucha.

Tommy wziął pieniądze, starannie je złożył i schował do kieszeni. Potem położył palce na gitarze, wziął głęboki oddech i zaczął grać.

Tym razem Paul usłyszał wszystko, co wcześniej mu umknęło. Przeskok w rytmie, przez który palce Tommy'ego nie mogły dosięgnąć progu wystarczająco szybko, bo jego dłonie były zesztywniałe od zimna i głodu. Załamanie w jego głosie przy słowie „kłopot”, bo Tommy znał kłopoty na wylot. Sposób, w jaki zamykał oczy, śpiewając „Mother Mary”, bo nie myślał o Matce Boskiej.