„Siedem lat temu” – kontynuował list – „lekarze powiedzieli mi, że mam poważną chorobę. Taką, która prędzej czy później pozbawi mnie sił i rozumu. Ukryłam to przed tobą. Ukryłam to, bo nie chciałam, żebyś widziała, jak powoli umieram, tak jak ja widziałam mojego ojca”.
Mihaela zamknęła oczy. Nie wiedziała nic. Absolutnie nic.
„Więc zaczęłam oszczędzać pieniądze. Żeby cię schować do sejfu. Żeby nie być zależną od nikogo. Żeby mieć własną przyszłość, nawet beze mnie”.
W skrzyni, pod listem, leżały całe stosy dokumentów: rachunki, oszczędności, inwestycje, paragony, plany. Wiele z nich opiewało na ogromne sumy. Euro, dolary, akcje. Wszystko na jej nazwisko.
„Mihaela”, kontynuował list, „te dziesięć lei dziennie… nie miało cię ukarać. Miało cię chronić. Moja choroba zaczęła się od drobnych epizodów: przejęzyczeń, utraty pamięci. Bałam się, że zacznę trwonić pieniądze, podpisywać papiery z długami, kupować bezsensowne rzeczy albo wpadać w kłopoty. Bałam się, że cię zrujnujemy”.
Łza spadła na papier Mihaeli.