Daniel spojrzał na kopertę, a potem na chłopca siedzącego obok niej. Jego wzrok utkwiony był w twarzy dziecka – i coś w jego spojrzeniu, w kształcie brwi, w sposobie siedzenia, uderzyło go niczym błyskawica. Wydawało mu się, że widzi młodszą wersję siebie.
„Ten chłopiec… jest twój?” – odważył się zapytać, a jego głos brzmiał jak łamiący się szept.
Ana poczuła, jak powietrze zamarło jej w piersi. Zaskoczony Marius odwrócił do niej głowę.
To była chwila, której unikał przez całe życie.
„Tak” – powiedziała powoli. „Marius jest twoim synem”.
Nastała przytłaczająca cisza, ale w spojrzeniu Daniela nie było gniewu. Tylko ból. Tęsknota. I poczucie winy, które uderzało w niego falami.