Lata mijały ciężko, jeden po drugim.
Wychowywałam samotnie piątkę dzieci w małym mieszkaniu na czwartym piętrze, w dzielnicy szarych bloków. Myłam schody, pracowałam w stołówce, sprzątałam, gdzie tylko mogłam, żeby mieć co jeść. Wielokrotnie dawałam im ostatnie leje na chleb i mleko, a resztę zjadałam.
Dzieci wyrosły na piękne. Różne, ale zjednoczone.
W szkole patrzono na nie dziwnie. Pytano je: „skąd pochodzą”, „dlaczego tak wyglądają”. Czasem wracały do domu z płaczem. Innym razem zaciskały zęby i szły dalej. Nauczyłam je być dumnymi, nie wstydzić się, chodzić z podniesioną głową.