Płakałam długo. Nie cicho, nie powstrzymywana – ale tak, jak płaczą ci, którzy powstrzymywali się zbyt długo. Łzy spadały na stół, na talerz, na moje palce. Próbowałam przeprosić, coś powiedzieć, ale słowa rozpadały się jak okruszki.
Nie poganiał mnie. Nie patrzył na mnie z litością. Po prostu siedział, odchylając się na krześle i czekając, aż złapię oddech.
„Jedz” – powiedział w końcu. „Porozmawiamy później”.