— Pomyliłeś adres, młodzieńcze. Nasze dziecko nie żyje. — i krótkim ruchem zamknęła furtkę.
Alexandru pozostał na chodniku, z drżącymi dłońmi na kółkach wózka. Podmuch wiatru przyniósł mu na twarz zapach świeżo lakierowanego drewna, znak, że interes dobrze prosperuje. Za płotem śmiała się rodzina. Dziewczęcy głos krzyczał: „Mamo, chodź szybko, ciasto się spaliło!”.
Czuł, jak ściska mu się serce. Nie nienawidził ich. Nie mógł. Chciał tylko spojrzenia, dotyku, ciepłego słowa. Zamiast tego, drzwi zatrzasnęły mu się przed nosem.
Następnego dnia wrócił. Przyniósł torbę owoców pod pretekstem, że chce im podziękować za jakieś nieprawdziwe informacje. Brama się otworzyła i tym razem pojawił się pan Petre.
— Czego chcesz, młodzieńcze? — zapytał mężczyzna zirytowany. — Mówiłem ci, nie straciliśmy syna.
— Niczego nie chcę, proszę pana. Tylko żeby chwilę posiedzieć w cieniu. — powiedział Alexandru, wymuszając uśmiech.
Mężczyzna wzruszył ramionami i wszedł na podwórze. Alexandru został tam, słuchając śmiechu rodziny. Łza spłynęła mu po policzku, ale nie odszedł.