Antonia co pół godziny zerkała w stronę ulicy Gyár, jakby mogli się pojawić za rogiem w każdej chwili. Nie pojawili się. Ani następnego dnia. Na targu szeptano: w piwnicy wybuchł pożar, ktoś wezwał policję, dzieci były zajęte. Antonia poszła tam tego samego wieczoru z torbą jedzenia. Piwnica była pusta, a w powietrzu unosił się zapach dymu i pleśni. Nie było po nich śladu.
Po słowach Béli Kovácsa pani Antónia Sárközi długo nie mogła się uspok
Potem zapłakał po raz pierwszy od wielu lat – nie na głos, ale cicho, ściskając w dłoni jeszcze letnią bułeczkę.
Minęły lata.
Antonia zestarzała się niepostrzeżenie. Jej plecy stawały się coraz bardziej wygięte, dłonie chudsze. Rzadziej chodziła na targ, później sprzedawała tylko przed domem: ziemniaki, jabłka, ogórki. Béla Kovács zmarł dawno temu, jego miejsce zajął inny strażnik – równie głośny, ale już nie skrępowany. Nie było kolejek, ale Antonia ich nie chciała. Zadowoliła się odrobiną.
Czasami w nocy śnili jej się dwaj chłopcy. Byli do siebie podobni, szczupli, o poważnych twarzach. W snach zawsze byli blisko, ale nigdy nie stanęli tuż obok niej.
Pewnego jesiennego dnia Antonia wracała do domu od lekarza. Bolały ją nogi, ciśnienie krwi wahało się, a w głowie pulsowało. Usiadła na ławce przed domem, żeby zaczerpnąć powietrza. Wtedy usłyszała cichy, jednostajny dźwięk silnika – drogi, nieznany dźwięk .