Wiał zimny wiatr, a nad miastem zbierały się ciężkie chmury. Wracałem z apteki z lekiem na nadciśnienie w zmiętej torbie. Kiedy wróciłem do domu, przed bramą stała kobieta.
Wydawała się młoda, ale jej spojrzenie… spojrzenie, które przeszyło mnie niczym ostrze. Stałem jak sparaliżowany, z kluczem w górze.
— Pan Cârstea? — zapytała głosem, który przyprawił mnie o zawał serca. — Jestem ze szpitala powiatowego. Mam coś dla pana.