Po śmierci mojej żony wyrzuciłem jej córkę z domu, bo nie była mojego pokrewieństwa

Podała mi białą kopertę, mokrą od deszczu. Wziąłem ją bez słowa. Natychmiast wyszła, a ja drżąc wszedłem do domu.

Na kopercie widniał napis: „Dla Mihaia Cârstei, od Livii”.

Serce zaczęło mi walić jak młotem. Rozerwałem kopertę, a w środku znajdował się krótki list, napisany znajomym charakterem pisma.

„Tato, jeśli to czytasz, to znaczy, że miałem odwagę wrócić. Nigdy nie chciałem cię skrzywdzić. Mama naprawdę cię kochała, a prawda o mnie nigdy nie miała cię zniszczyć. Dowiedziałem się, że mam siostrę – córkę Doru, mężczyzny z listów. Ale ja… ja jestem twój. Mama powiedziała mi wszystko przed śmiercią. Nie powiedziała ci, bo bała się, że jej nie uwierzysz”.

Opadłem na krzesło, a list drżał mi w palcach.

„Nie żywiłem do ciebie nienawiści, mimo że mnie odepchnąłeś. Radziłem sobie sam, pracowałem, uczyłem się, a teraz jestem pielęgniarzem w szpitalu, w którym się urodziłem. Dziś dowiedziałem się, że masz problemy z sercem. Nie piszę, żeby sprawić ci cierpienie, ale żeby prosić, żebyś pozwolił mi sobie pomóc. Będę na ciebie czekał jutro w szpitalu, na oddziale kardiologicznym”.