Wstałem powoli, jak człowiek budzący się ze złego snu.
Przez te wszystkie lata wszechświat podpowiadał mi, żebym otworzył oczy, ale ja wolałem żyć w ciemno. Livia nie była błędem Laury. To ja byłem tym błędem.
Następnego ranka przybyłem do szpitala. Siedziałem na metalowym krześle, a serce waliło mi w piersi. Drzwi się otworzyły i weszła kobieta w białym fartuchu. Miała związane włosy, ciepłe oczy i lekko drżący uśmiech.
— Dzień dobry, panie Cârstea — powiedziała cicho. — Jestem pielęgniarką Livią Cârstea.
Łzy napłynęły mi do oczu. Podeszła do mnie i bez wahania mnie przytuliła.
Poczułem, jak cały ból ostatnich dziesięciu lat topnieje pod jej dotykiem.
— Wybacz mi… — wyszeptałem. — Proszę, wybacz mi…
— Nie musisz, tato — powiedziała, uśmiechając się przez łzy. — Nauczyłeś mnie, co to znaczy być silnym. A teraz moja kolej, by się tobą zaopiekować.