Drzwi wejściowe kiedyś były matowo granatowe — wybrane, bo „najlepiej ukrywały brud”. Teraz były grafitowo-szare z mosiężnym kołatką. Tam, gdzie stała krzywa, brązowa wycieraczka z napisem „Witamy”, leżała nieskazitelna mata z włókna kokosowego z napisem:
DOM, SŁODKI DOM
Zapukałem.
Nie delikatnie.
Nie ostrożnie.
Zapukałem jak syn, który policzył każdy z 1 095 dni. Jak ktoś, kto wciąż wierzył, że należy do tego miejsca.
Drzwi się otworzyły — a ciepło, którego oczekiwałem, nigdy nie przyszło.
Stała tam Linda.
Moja macocha.