Kiedy wszedłem do biura, w powietrzu unosił się zapach starych mebli i mocnej kawy.
Pan Ionescu był mężczyzną po sześćdziesiątce, w grubych okularach i z wyrazem twarzy, który zdawał się czytać na pierwszy rzut oka.
Zaprosił mnie, żebym usiadł i wręczył mi cienką teczkę przewiązaną czerwoną wstążką.
„Pani ciotka była bardzo dyskretną kobietą, ale… dbała o to, żeby wszystko było w porządku. Oto testament”.
Skinąłem głową, ale ręce mi drżały.
Słowo „dziedziczenie” wydawało mi się obce.
Nic nie miałem od nikogo – ani uczucia, ani wdzięczności, nie mówiąc już o majątku.