Następne kilka dni to była wymiana zdań między dokumentami, pudłami, telefonami i papierami. Ale po raz pierwszy każdy krok należał do mnie. Każda decyzja należała do mnie. Każdy ciężko zarobiony lej pozostał w mojej kieszeni, a nie w czyjejś dłoni.
Liviu próbował się do mnie dodzwonić. Za pierwszym razem nie odebrałam. Za drugim nie za bardzo. Za trzecim wysłał mi wiadomość: „Czy możemy porozmawiać? Może przesadziłam. Nie róbmy czegoś ostatecznego”.
Ale coś ostatecznego już zostało zrobione – i to nie przeze mnie. W ciągu trzech lat zniszczyli wszystko, co powinno być razem zbudowane.
Kiedy w końcu umówiliśmy się na spotkanie, spojrzałam mu w oczy i zobaczyłam wyraźnie coś, czego wcześniej nie widziałam: mężczyzna przede mną nie był moim mężem. Był obcym, który dorastał w cieniu matki, niezdolny się wyrwać.