Porzucona w wieku 70 lat, zaczęła kopać ziemię, żeby przeżyć

…kiedy słońce wpadało przez pozbawione zasłon okno, Maria Rusu powoli wstała, przemyła twarz zimną wodą i wiedziała jedno: nie miała nic do stracenia.

Droga do Valea Speranței była długa i męcząca. Stary autobus, zapach oleju napędowego, milczący ludzie. Maria trzymała walizkę u stóp jak śpiące dziecko. Kiedy wysiadła, wieś wydawała się zapomniana przez świat. Kilka rozproszonych domów, mały sklepik, pies wylegujący się w cieniu.

Jej mały domek stał na obrzeżach. Mały. Z gliny. Dach był krzywy. Ale należał do niej.

W pierwszych dniach spała na kocu, jadła chleb z cebulą i piła wodę ze studni sąsiadów. Potem wzięła motykę. Kopała ziemię rękami, które już nie były młode, ale umiały pracować. Sadziła, co mogła: ziemniaki, cebulę, fasolę.

Wieczorem, gdy bolały ją kości, siadała na progu i rozmawiała sama ze sobą. Ze zmarłym mężem. Z dziećmi, które ją wygnały. Z Bogiem.